Po co nam Kosmos
- najpierw uporządkujmy swoje sprawy na Ziemi!
Albo jak indycze myślenie o niedzieli
kończy się nieodmiennie ucięciem głowy w sobotę

* Zabójcze Słońce * Kosmiczna strzelnica * Megawulkany * Ruszmy dupy *
Raj na Ziemi
Bardzo wielu ludziom, a już szczególnie niektórym odłamom  ekologistów (nazwijmy ich łącznie  geocentrystami), wydaje się, że Ziemia to taki samowystarczalny i izolowany zakątek, który będzie sobie trwał wiecznie niezmieniony, jeśli tylko my nie będziemy w niego zbytnio ingerować i go zanieczyszczać. Broń Boże coś tu zmieniać, trzeba bezwzględnie chronić każde ździebełko i każdą mróweczkę, nie rozmnażać się, a już w ogóle nie budować żadnego przemysłu, czy cokolwiek w tym stylu. Jeśli tylko tak będziemy postępować, będziemy się wiecznie cieszyć naturalnym rajem na tej Ziemi, twierdzą zwolennicy tego poglądu. Nic więc dziwnego, że gdy słyszą o badaniach czy wręcz eksploracji Kosmosu, wydaje im się to działaniem bezsensownym, marnotrawnym i niszczącym bezcenne środowisko. Ich ulubione hasło to właśnie „najpierw uporządkujmy swoje sprawy na Ziemi, zanim zaczniemy się brać za sprawy Kosmosu.”

Ziemia w Kosmosie
Sęk jednak w tym, że spraw na naszej małej Ziemi nie da się uporządkować bez wzięcia pod uwagę spraw skali kosmicznej. Ziemia bowiem nie jest wcale odizolowanym zakątkiem - jest nieodłączną częścią Kosmosu, podlegającą stale i wciąż jego różnorodnym wpływom. Sama świadomość istnienia i siły tych wpływów dopiero zaczyna się budzić dzięki badaniom Kosmosu właśnie. Dla mieszkańców powierzchni Ziemi nie mających zwyczaju podnosić przynajmniej od czasu do czasu głowy do góry, by popatrzeć w niebo, różne zjawiska i zmiany warunków na Ziemi wydawały się w niezbyt zrozumiały sposób powstawać wyłącznie tu na dole (jako zły los lub kara boska). Ostatnio szczególnie modne stało się obwinianie za wszystkie takie zmiany, zwłaszcza zmiany na gorsze, człowieka, a szczególnie rozwój cywilizacyjny (patrz np.  globalne ocieplenie). Badania Kosmosu odsłaniają jednak coraz bardziej całkiem inny obraz Ziemi: bezbronnej wobec potężnych sił i wpływów kosmicznych, mogących w każdej chwili zniszczyć cywilizację, człowieka jako gatunek, całe ziemskie życie, czy wręcz całą Ziemię. I nie piszę tu o jakiejś odległej perspektywie milionów czy miliardów lat, ale o naszym tu i teraz.

 początek


Zabójcze Słońce

 


 Flara słoneczna wyrzuca chmurę plazmy. 
Dla porównania - Ziemia w tej samej skali.

By być konkretnym, pokażę parę przykładów. Pierwszy - Słońce. Piewcy ziemskiego raju uważają Słońce za specjalnie przydzielony na użytek Ziemi milutki, życiodajny piecyk. Starożytni wręcz byli pewni, że kręci się ono posłusznie wokół Ziemi, co i nam się wydaje słuszne, gdy obserwujemy, jak nieustannie i regularnie wędruje sobie po niebie ze wschodu na zachód. Rzeczywistość jest jednak inna. Piecyk nie jest znów taki milutki - jest to olbrzymich rozmiarów nieustający wybuch termojądrowy, z milionami stopni ciepła we wnętrzu i wybuchami chmur plazmy na powierzchni, wielokrotnie przekraczającymi wielkościa całą Ziemię, o temperaturze wielu tysięcy stopni i szybkościach ruchu mierzonych w tysiącach kilometrów na sekundę. Bezpośrednie uderzenie takiej chmury w Ziemię w najlepszym razie oznaczałoby natychmiastowy koniec wszelkiego na niej życia, zamieniając Ziemię w pozbawioną atmosfery, wypaloną na parę kilometrów w głąb bezwodną pustynię. Przy mniejszym szczęściu cała Ziemia by po prostu wyparowała.

Wiatr słoneczny
Na razie ratuje nas oddalenie - 150 mln km, to 12500 razy dalej niż wynosi średnica Ziemi, a 390 razy tyle, ile wynosi odległość do Księżyca. W pobliżu Ziemi efekty tych wybuchów tworzą tylko tzw. wiatr słoneczny, czyli strumień naładowanych cząstek subatomowych (głównie elektronów i protonów, czyli jąder wodoru), poruszających się z szybkościami w zakresie od 200 do 800 km/sek. W normalnych warunkach ten wiatr jest stosunkowo słaby i daje się zauważyć tylko w górnych warstwach atmosfery, tworząc w niej zjonizowaną warstwę zwaną jonosferą, pozwalającą porozumiewać się na krótkich falach radiowych na duże odległości, a także powodując słabe zorze polarne w pobliżu biegunów. Gdy jednak na Słońcu trafi sie wiekszy wybuch (rozbłysk słoneczny lub tzw. koronalny wyrzut masy) akurat skierowany w naszą stronę, gęstośc i szybkość wiatru słonecznego silnie rosną (szykość do ponad 1000 km/sek) i możemy się spodziewać znacznie poważniejszych efektów. Zakłócenia pola magnetycznego Ziemi psują łączność radiową i telefoniczną, są przyczynami awarii sieci elektroenergetycznych (spektakularna awaria w Quebec w Kanadzie w r. 1989 pozbawiła kilka milionów osób prądu na 9 godzin), a sam wiatr psuje elektronikę ważnych satelitów Ziemi, np. telekomunikacyjnych i meteorologicznych (z których istnienia i znaczenia dla naszego codziennego życia mało kto już zdaje sobie sprawę, tak się do ich niewidocznej na codzień służby przyzwyczailiśmy). Z kolei, poprzez efekt tzw. puchnięcia atmosfery, zwiększenie intensywności wiatru słonecznego skraca wydatnie czas życia satelitów na niskich orbitach.

W dodatku, część naukowców obecnie przypuszcza, że to właśnie fluktuacje wiatru słonecznego odpowiedzialne są za  globalne ocieplenia i ochłodzenia klimatu na Ziemi, a nie  efekt cieplarniany wywołany wzrostem poziomu  dwutlenku węgla. W filmie, o którym mam zamiar napisać w artykule  „Szwindel z globalnym ociepleniem” opisano przypuszczalny mechanizm tego wpływu. Warto wpomnieć, że główną rolę odgrywa w nim jeszcze jeden wpływ Kosmosu na Ziemię, mianowicie promieniowanie kosmiczne. I jest to wpływ, którego źródło jest znacznie bardziej odległe w przestrzeni i czasie niż nasze bliziutkie Słońce - jest to bowiem pozostałośc po wybuchach starych gwiazd supernowych.

Tak więc to nie słoneczny piecyk jest dany dla naszej wygody, ale to Ziemia jest dana Słońcu do zabawy w ciepło-zimno. Zmiany aktywności wybuchów na Słońcu to jeszcze nie wszystko. Generalnie mamy też do czynienia ze zmianami całościowej emisji energii słonecznej. Są one dość powolne, ale znaczące - uważa się, że emisja Słońca rośnie z wolna i jest obecnie o 25% większa niż 3.8 mld lat temu, gdy na Ziemi zaczynało kiełkować życie.

Między piekiełkiem a lodowym pustkowiem
Znów, jeśli popatrzymy uważniej w niebo, to ujrzymy jaką tu mamy alternatywę - od piekła Wenus - atmosfera z  dwutlenku węgla i kwasu siarkowego o ciśnieniu 90 naszych atmosfer i stałej temperaturze na powierzchni ponad 460° C, czyli sporo ponad temperaturę topnienia ołowiu (327° C) - do zamrożonej pustyni Marsa, z atmosferą z  dwutlenku węgla o ciśnieniu jednego procenta naszej atmosfery i temperaturach od -120° do +20° C na powierzchni (ta ostatnia temperatura tylko na równiku w rzadkich momentach lata). Taki efekt może spowodować niewielka zmiana orbity Ziemi, którą może spowodować np. przejście Układu Słonecznego w pobliżu jakiejś gwiazdy. Obecnie mamy do najbliższej widocznej gwiazdy około 4.3 lat świetlnych (co w przeliczeniu na kilometry oznacza ok. 41 bilionów km, czyli ponad 270 tysięcy razy dalej niż z Ziemi do Słońca), ale Układ Słoneczny jako całość leci przez naszą pełną gwiazd Galaktykę z prędkością 200 km/sek i prędzej czy poźniej niedaleko jakiejś gwiazdy przeleci. W dodatku, możemy tego nawet nie zobaczyć - oprócz widocznych, jasno świecących gwiazd po Galaktyce prawdopodobnie wałęsa się mnóstwo niedoszłych gwiazd, które były za małe, by spowodować zapalenie się w nich termojądrowej reakcji fuzji wodoru, napędzającej wszystkie świecące gwiazdy. Takie niedorobione gwiazdy, zwane brązowymi karłami, są całkowicie niewidoczne, ale grawitacyjnie oddziaływują jak najbardziej i mogą solidnie przetasować orbity planet, gdy znajdą się w pobliżu Układu Słonecznego.

 początek


Kosmiczna strzelnica

Drugi, do niedawna prawie nieznany wpływ z Kosmosu, to możliwość uderzeń w Ziemię mniejszych lub większych ciał kosmicznych - planetoid, komet i innego „kosmicznego śmiecia”. Jak sie szacuje, co najmniej kilkaset tysięcy tych ciał lata po Układzie Słonecznym. Są one w większej części z Ziemi niewidoczne, a ich trajektorie pozostają nieznane. Część z nich już teraz przecina orbitę Ziemi, a więc prędzej czy później w Ziemię uderzy. Uczeni zdali sobie w pełni sprawę z tego zagrożenia dopiero po lotach na Księżyc wypraw Apollo (patrz Ostatni pierwszy krok I, Co przywiózł Apollo), które dostarczyły niezbitych dowodów zderzeniowego pochodzenia kraterów księżycowych. Znamy już ok. 4600 takich bliskich ciał i potrafimy na jakiś czas naprzód w miarę dokładnie obliczyć ich orbity, ale wciąż odkrywane są nowe, czasem w niebezpiecznie zaskakujących okolicznościach. Np. solidnej wielkości kamień (o średnicy między 50 a 120 m), oznaczony „2002 MN”, został odkryty w 2002 r. po tym, gdy już przeleciał obok Ziemi (w odległości 210 tys. km, czyli około połowy odległości do Księżyca - jak na kosmiczne dystanse, wręcz otarł się o Ziemię) i oddalał sie w przestrzeń kosmiczną. Nie został zauważony wcześniej, bo leciał od strony Słońca, więc był w zasięgu możliwej obserwacji z Ziemi tylko w dzień. Gdyby się zderzył z Ziemią, byłoby to dla nas zupełnym zaskoczeniem, mimo trwającego od paru lat programu obserwacji i wykrywania takich obiektów, prowadzonego (na dosyć skromną skalę) przez Amerykanów.

Kamienie z nieba
Efekty uderzenia 2002 MN byłyby porównywalne z efektami uderzenia podobnego ciała, o średnicy ok. 60 m, zwanego Meteorytem Tunguskim, który prawie równo sto lat temu, w 1908 r. powalił całkowicie ok. 1000 kilometrów kwadratowych (100 tys. hektarów) lasu w tajdze syberyjskiej. Gdyby uderzył w Ziemię tylko 2 godziny później, obrót Ziemi podsunąłby na to miejsce Moskwę i liczba ofiar mogłaby się liczyć w milionach. Co ciekawe, na Ziemię spada mnóstwo takich ciał, chyba każdy co najmniej raz widział to na własne oczy - są to meteory, czyli tzw. „gwiazdy spadające”. Szacuje się, że rocznie spada ich na Ziemię ok. 50 tys. ton! Na szczęście są to w większości drobne ciała - kosmiczny piasek lub żwir, całkowicie wyparowujący w atmosferze, znaczący trajektorię swego lotu smugą rozżarzonych gazów, którą widzimy na niebie. Rozżarzają się, bo wpadają w atmosferę z wielkimi prędkościami, od ok. 10 do 80 km na sekundę. Większe kamienie nie wyparowują w całości i ich fragmenty spadają na Ziemię. Są to tzw. meteoryty. Dostarczyły nam one wielu informacji o ciałach kosmicznych - planetoidach i kometach, których są okruchami.
 


 Chevrolet z Peekskill z dziurą: 
w rogu winowajca (w powiększeniu).
Okazało się także, że nieliczne z nich to okruchy skał z Marsa i Księżyca!

Zdarzało się też, że te kamienie kosmiczne wchodziły w bliski kontakt z człowiekiem. W 1954 r. żelazny meteoryt o wadze 4 kg przebił dach i sufit domu, odbił się rykoszetem od radia i solidnie uderzył w plecy, na szczęście nakryte dwoma kołdrami, śpiącą mieszkankę miasta Sylacauga w stanie Alabama w USA. Po poradzeniu sobie z dachem, sufitem i radiem nie miał już na szczęście tyle siły, by zrobić tej pani większą krzywde. Inny kamień, 12-kilogramowy, zrobił w 1992 r. dziurę w bagażniku chevroleta malibu na parkingu w Peekskill pod Nowym Jorkiem. Właścicielka chevroleta nieźle się na tej małej kosmicznej katastrofie obłowiła - kamień sprzedała za 69 tysięcy dolarów, a samochód, jak podają źródła, za cenę „znacznie przewyższającą jego wartość”. Oba przedmioty były później pokazywane na objazdowej wystawie w wielu krajach świata.

Popatrzmy na Księżyc
Prawie wszyscy o tym wiedzą, lecz mało kto zdaje sobie na codzień z tego sprawę, że zderzają się z Ziemią ciała również znacznie większe. Znowu, wystarczy spojrzeć troche uważniej w niebo, by to stwierdzić. Każdy widział Księżyc. Przez niewielką lunetę lub silniejszą lornetkę widać na nim wiele kraterów różnych rozmiarów, od kilku do paruset kilometrów średnicy (zwanych przez dawniejszych astronomów „górami pierścieniowymi”, gdy nie znano jeszcze ich natury). Przez silniejszy teleskop widać ich tysiące. Niektóre obszary Księżyca (zwane lądami) zryte są nimi tak gęsto, że nakładają sie one jedne na drugie. Zdjęcia powierzchni z bliska w czasie wypraw Księżycowych pokazują, że nie są to tylko duże kratery, ale że pełno jest również mniejszych kraterów i kraterków wszelkich rozmiarów, do poziomu kilkunastu centymetrów średnicy.

Jeszcze całkiem niedawno widoczne z Ziemi kratery uważano za twory wulkaniczne. Zabawne jest roztrząsanie w powieści Juliusza Vernego „Wokół Księżyca” z 1865 r. kwestii, skąd na Księżycu wziął się tlen potrzebny do wybuchów wulkanów, które utworzyły te kratery. Uważano wtedy, że topnienie skał dla utworzenia wulkanicznej lawy w ziemskich wulkanach odbywa się przez ich podgrzanie za pomocą spalania czegoś tam (czego?) w atmosferycznym tlenie. Inna obserwacja w tejże książce podaje, że wnętrza większości kraterów księżycowych leża niżej niż otaczający je teren (w przypadku ziemskich wulkanów jest zawsze odwrotnie). Verne bezradnie przyznaje, że nie wiadomo, dlaczego tak właśnie jest na Księżycu. Dopiero około połowy ubiegłego wieku na serio zaczęto rozważać uderzeniową teorię pochodzenia Księżycowych kraterów. Ostatecznych dowodów dostarczyły próbki skał przywiezione z Księżyca przez astronautów programu Apollo.
 


 Niektóre baseny uderzeniowe (morza) i kratery na Księżycu. 

Pisałem o małej lunecie lub lornetce do patrzenia na kratery księżycowe. Aby dostrzec najważniejsze z nich, wystarczy jednak tylko gołe oko! Otóż okazuje się, że większość tzw. „mórz księżycowych”, widocznych z Ziemi jako ciemne plamy na jego tarczy, to też są wielkie kratery uderzeniowe o średnicy nawet tysięcy kilometrów, zwane również basenami. Na całej powierzchni Księżyca (czyli włączając także połkulę niewidoczną z Ziemi), naliczono ich ponad dwa tuziny. Odpowiednio do swojej średnicy były one na tyle głębokie, że sięgnęły przez skorupę Księżyca do warstwy jeszcze wtedy ciekłej magmy pod tą skorupą. Magma zalała równo wnętrza tych kraterów tworząc „morza” - faktycznie były to kiedyś morza, ale płynnej magmy. Eleganckim przykładem jest stosunkowo małe Morze Przesileń (Mare Crisium), widoczne na prawej górnej ćwiartce Księżyca w kształcie ciemnego, odizolowanego od innych ciemnych plam owalu. W rzeczywistości jest ono prawie okrągłe i ma ledwie 420 km średnicy. Prawie trzy razy większe (ok. 1100 km średnicy) jest Morze Deszczów (Mare Imbrium) u góry, tuż na lewo od środkowego południka tarczy. Na dolnej jego krawędzi odcina się okazały, promienisty krater Kopernika, przy górnej krawędzi ciemny w środku Platon. Na lewo od niego widać łuk Zatoki Tęcz (Sinus Iridium), który jest pozostałością ściany dużego starego krateru, w połowie zniszczonego przez uderzenie, które utworzyło Morze Deszczów.
 


 Morze Wschodnie na Księżycu. Zaznaczono 
granicę między półkulą widoczną a niewidoczną.
Spektakularny wygląd ma wielki, kilkupierścieniowy basen nazwany Morzem Wschodnim (Mare Orientale), z Ziemi słabo widoczny, bo tylko niewielka jego część wystaje na widoczną z Ziemi stronę spoza krawędzi tarczy Księżyca. Za to prawdziwie okazale wygląda on na zdjęciach z sond Księżycowych zrobionych „z boku” tarczy (od wschodu). Kilka koncentrycznych pierścieni - zewnętrzny o średnicy ok. 930 km, najmniejszy wewnętrzny, zalany ciemną lawą, o średnicy ok. 330 km, wyglądają razem jak tarcza strzelnicza z dziurami od kul w środku, lub jak groźne „Oko Opatrzności”. Jakie legendy powstałyby, gdyby było ono dobrze widoczne z Ziemi! Psy miałyby wtedy naprawdę do czego wyć...

Sondy kosmiczne pokazały, że wygląd Księżyca jest typowy dla wszystkich praktycznie skalnych planet i księżyców w Układzie Słonecznym. Merkury wygląda dokładnie jak drugi Księżyc, tylko większy. Pod grubą pokrywą chmur i gęstej atmosfery na Wenus, radarowe mapowania sondy Magellan pokazały, poza różnymi tworami i kraterami ewidentnie wulkanicznymi, także sporo dużych kraterów uderzeniowych, niektóre wyglądające na całkiem świeże. Mars również pokryty jest w niektórych rejonach gęsto kraterami, tak gęsto, jak Księżyc. Oprócz największego wulkanu w Układzie Słonecznym (Góra Olimp - Mons Olympus) mamy na Marsie ogromny krater uderzeniowy zwany basenem Hellas, o średnicy ok. 2000 km i głębokości prawie 5 km, otoczony stadami mniejszych kraterów.

Ślady na Ziemi
Pięknie, ale co z Ziemią? Gdzie na niej są te kratery? Otóż są, a jakże, tylko trzeba się dobrze przyjrzeć. Ziemia nie jest, wciąż jeszcze, zastygłą nieruchomo kulą kamienia - jest ciągle dynamicznie zmienna. Przede wszystkim jej skorupa składa się z oddzielnych ruchomych płyt, które zderzają się ze sobą, fałdując sobie wzajemnie na brzegach wysokie góry (np. Himalaje i Wyżyna Tybetu to skutek zderzenia płyty indyjskiej z azjatycką). W innych miejscach (tzw. „strefy subdukcji”) jedna płyta wciska się pod drugą, ulegając stopniowo roztopieniu w płaszczu Ziemi. Taką strefę mamy np. wzdłuż zachodniego wybrzeża obu Ameryk, gdzie płyta pacyficzna wchodzi pod płyty amerykańskie, fałdując przy okazji łańcuchy Gór Skalistych i Andów. W obniżonych częściach płyt tworzą się morza, a w nich grube osady wapieni i piaskowców. Roślinność, deszcze i rzeki zmywają z powierzchni lądów wszelkie wyniosłości (zobaczcie, co zostało z okazałych miliony lat temu Gór świętokrzyskich). Wszystkie te procesy niszczą całkowicie lub zacierają ślady po dawnych kraterach uderzeniowych.
 


 Krater Amguid w Algerii: 
23 km średnicy, wiek poniżej 100 tys. lat.
Wiele z nich jest również ukrytych w głębinach mórz.

Ale gdy zaczęto na poważnie ich szukać, mniej więcej od połowy zeszłego wieku, znaleziono ich już kilkaset. Niektóre widać dobrze dopiero z Kosmosu, innych nie widać wcale, gdyż są pogrzebane pod grubą warstwą osadów, ale wyraźnie się odcinają na mapach geologicznych lub mapach anomalii magnetycznych i grawitacyjnych, jak na przykład prawie dwustukilometrowej średnicy krater skryty pod osadami na północnym skraju półwyspu Jukatan w Ameryce Środkowej (krater Chicxulub). Jest to ślad po uderzeniu 65 mln lat temu planetoidy ok. 10 km średnicy, odpowiedzialnej za wyginięcie 3/4 życia na Ziemi, w tym wszystkich prawie dinozaurów (przeżyli tylko opierzeni przodkowie naszych ptaków).

To były dwa z bardzo wielu przykładów tego, czym nas może poczęstować Kosmos. Zostawmy teraz na chwile odleglejszy Kosmos. Nasza Ziemia jest także częścią Kosmosu i ze swej strony też coś może dołożyć. Pomijając takie powierzchowne i tylko lokalnie groźne efekty, jak pioruny, huragany, powodzie, itp., czyhają na nas znacznie głębsze niebezpieczeństwa, dosłownie i w przenośni. Możliwości jest wiele - jedną z nich, choć wielce spektakularną i widoczną gołym okiem w wielu miejscach na Ziemi, odkryto dopiero niedawno. To megawulkanizm.

 początek


Megawulkany

Czujemy twardy grunt pod nogami, nieprawdaż. Lecz to tylko wygodne złudzenie - nie mieszkamy niestety na stabilnym, niezmiennym kawale twardej skały. Pod cienką skalną skorupą o grubości zaledwie kilku do kilkunastu kilometrów rozciąga się głęboki na kilka tysięcy kilometrów ocean półpłynnych skał, zwany płaszczem Ziemi. Podgrzewana od spodu żelaznym jądrem Ziemi (o średnicy 5 tys. km i temperaturze ok. 6200° C, o tysiąc stopni większej niż temperatura powierzchni Słońca), materia płaszcza gotuje się jak woda w czajniku, choć tysiące razy wolniej.

Pióropusze płaszczowe i płyty skorupy
W materii płaszcza Ziemi powstają w rezultacie olbrzymie pionowe prądy konwekcyjne, tzw. pióropusze płaszczowe, jak w podgrzewanej wodzie. Wysokie na kilka tysięcy kilometrów kolumny gorącej i półpłynnej skały poruszające się powoli, lecz niepowstrzymanie do góry. Dopłynąwszy do skorupy ziemskiej, podgrzewają ją, tworząc tzw. „plamę gorąca”. Ochładzając się, materia pióropusza rozpływa się pod skorupą na boki, trąc o nią, by następnie zapaść się z powrotem w głąb płaszcza. Zwykle taki pióropusz zaznacza się na powierzchi Ziemi tylko niewielkim, choć rozległym na setki kilometrów wybrzuszeniem terenu, mało zauważalnym, choć często określającym np. trasy biegu rzek. Jeśli jednak pióropusz jest silniejszy, a skorupa w tym miejscu słabsza, może nastąpić jej pęknięcie, a obszary po jego obu stronach zaczynają być od siebie odsuwane przez rozpływającą się materię pióropusza. Powiększająca się szczelina zapełniana jest przez wypływającą materię płaszcza, która zastyga i powiększa rozsuwane płyty. Na Ziemi mamy wiele takich pęknięć, zwanych dolinami ryftowymi.
 


 Dolina ryftowa przez Islandię: 
odsuwa Amerykę od Europy.
Najbliższa nas jest dolina wzdłuż całego Atlantyku, odsuwająca płyty amerykańskie od Europy i Afryki z szybkością ok. 20 mm rocznie. Największy pióropusz napędzający to rozsuwanie znajduje się pod Islandią. Był w pewnym okresie tak intensywny, że nadmiar wydobywającej się materii utworzył całą Islandię. Przez środek wyspy przebiega wyraźnie widoczne pasmo szczelin, wzdłuż których następuje rozsuwanie płyt, które można zatem uznać za geologicznie właściwą granicę między Europą i Ameryką. Most jaki zbudowano przez jedną z tych szczelin może więc być uznany za most łączący te dwa kontynenty...

Ziemia ma stałe rozmiary, więc te rozrastające się płyty muszą gdzieś „znikać”. Dzieje się to w tzw. strefach subdukcji, gdzie jedna płyta wciska się pod drugą, zanurza się w głąb płaszcza i roztapia w nim. Proces ten generuje trzesięnia ziemi, tworzy wulkany i wypiętrza góry. Strefy subdukcji otaczają Ocean Spokojny, tworząc tzw. Pierścień Ognia wokół niego, w szczególności wzdłuż zachodniego wybrzeża obu Ameryk, jak to już wyżej wspomniałem. Te procesy na szczęście odbywają się powoli i oprócz lokalnych wybuchów zwykłych wulkanów i trzęsień ziemi nie zagrażają nam nadmiernie.

Komory magmowe
Gorzej, gdy wznoszący się gorący pióropusz napotka na łatwiej topliwe skały skorupy i spowoduje roztopienie większej ich ilości, tworząc dużych rozmiarów komorę wypełnioną magmą. Efekty takiego obrotu rzeczy mogą być dwojakie. Powstała magma może się wylewać spokojnie w postaci rzadkiej płynnej lawy bazaltowej, podobnie jak to ma miejsce w dolinach ryftowych, tworząc nieraz bardzo duże pokrywy lawowe, jak np. powstałe ok. 65 mln lat temu tzw. Trapy Dekanu w Indiach. Jest to gruba na 1.5 km pokrywa bazaltowa, zajmująca obszar ponad 500 tys. km kwadratowych.

Obecnie coś podobnego dzieje się, choć na znacznie mniejszą skalę, na wyspach hawajskich. Całe te wyspy powstały z wylewów spowodowanych trwającym tam od co najmniej 5 mln lat pióropuszem płaszczowym. Płyta pacyficzna przesuwa się nad tym pióropuszem na północny zachód, a kolejne wylewy lawy usypują (czy może raczej odlewają?) kolejne wyspy archipelagu. Są one zatem byłymi wulkanami, wygasłymi oprócz największej i najmłodszej z nich, Hawaii, która jeszcze nie wygasła i rośnie, choć jest już prawie „na ukończeniu”. Jedno z tworzących ją ujść lawy, wulkan Mauna Kea, już wygasł, drugi - Mauna Loa, wraz z utworzonym na jego wschodnim zboczu drugim kraterem Kilauea, pomału wygasa. Natomiast w morzu 24 km na południowy wschód od wyspy pracuje już niestrudzenie nad natępną wyspą kolejny wulkan - Loihi. Został mu jeszcze kilometr do powierzchni morza. Ocenia się, że nowa wyspa wynurzy się tutaj z morza za jakieś 200 tys. lat...

W tak małej skali te wylewy nie mają zbyt wielkiego wpływu na globalne warunki na Ziemi, ale wielkie wylewy, jak ten w Indiach, mogły znacznie wpływać na klimat w długich okresach czasu. Trwają wciąż spory, czy masowe wymieranie w tym okresie, w tym zagłada dinozaurów, spowodowało uderzenie planetoidy, czy te wylewy lawy. A jedna z hipotez głosi, że to uderzenie mogło spowodować pęknięcie skorupy ziemskiej, które zapoczątkowało te wylewy, dobijając niedobitki po uderzeniu...

Wulkany piroklastyczne
Znacznie gorsza jest druga możliwość. Jeśli powstała magma to gęsta magma krzemionkowa, zawierająca dużo gazów, to zamiast się w miarę spokojnie wylewać, gwałtownie wybucha, zamieniając się przy tym w większości w drobny pył, zwany pyłem piroklastycznym (lub tefrą), wyrzucany wysoko i daleko w atmosferę. Pył ten, opadający bardzo wolno i roznoszony przez wysoko wiejące prądy strumieniowe po całej Ziemi, jest bardzo szkodliwy dla życia bezpośrednio (dosłownie zakleja i niszczy płuca zwierząt i ludzi), a także, zasłaniając Słońce, powoduje lokalne lub globalne oziębienie, wstrzymując nieraz na lata wegetację roślin na dużych obszarach. Takie wulkany piroklastyczne występują i wybuchają licznie na Ziemi, jak na przykład słynne w ostatnich latach wybuchy St. Helens w USA (1980 r.) czy Pinatubo na Filipinach (1991 r.). Ich wybuchy spowodowały wyraźne, choć krótkotrwałe i globalnie nie katastrofalne efekty klimatyczne. Poważniejsze efekty spowodował wybuch wulkanu Krakatau w Indonezji w 1883 r., który wyrzucił 18 razy więcej materii wulkanicznej niż St. Helens w 1980 r. Efekty oziębienia klimatu odczuwane były przez kilka lat po wybuchu. Jeszcze gorszy był wybuch Mount Tambora na wyspie Sumbawa w Indonezji w 1815 r. Wyrzucił on 150 (sto pięćdziesiąt) razy tyle materii, co St. Helens, zabijając łącznie ok. 71 tys. ludzi. Wyrzucony pył spowodował globalne ochłodzenie - rok 1816 w Europie został nazwany „rokiem bez lata”, rolnictwo na północnej półkuli zamarło, nastąpił okres największego głodu w XIX wieku.
 


 Jezioro Toba w kalderze megawulkanu na Sumatrze. 

Megawulkany
Te cztery wulkany, to jednak pryszcz w porównaniu z tzw. megawulkanami. Odkryto je dopiero niedawno, bo ich wybuchy zdarzają się stosunkowo rzadko - ostatni miał miejsce ok. 74 tysiące lat temu na Sumatrze. Została po nim wielka dziura w Ziemi, zalana obecnie przez jezioro Toba, głębokie na pół kilometra, długie na 100, a szerokie na 30 km. Ich siła wybuchu jest rzędu wybuchu tysiąca do 3 tysięcy wulkanów takich jak St. Helens. Efekty klimatyczne są długotrwałe, głębokie i katastrofalne - powodują znaczące wymieranie wielu żywych organizmów i całych gatunków na całej Ziemi. Wybuch megawulkanu Toba o mało nie zgładził doszczętnie raczkującego jeszcze gatunku ludzkiego. Ocenia się, że z licznych hord zamieszkującego Afrykę od 130 tysięcy lat gatunku homo sapiens pozostało nie więcej niż ok. 2-3 tysiące osobników!

Byliśmy na skraju zagłady, choć ta katastrofa jednocześnie znacznie przyspieszyła ewolucję gatunku ludzkiego. Trudne warunki życia spowodowały ostrą selekcję, preferując bardziej sprawne umysłowo osobniki (w trybie życia ówczesnych ludzi sprawność fizyczna nie odgrywała już większej roli). Jednocześnie mała populacja gatunku (zwana zatorem genetycznym) ułatwiała znacznie rozprzestrzenianie się nowych cech, zapobiegając efektowi „rozpływania się” i zanikania nowych genów w dużej puli genowej gatunku. Współczesne badania genetyczne pokazały, jak ostra była to selekcja - otóż wszyscy ludzie współcześni pochodzą od tylko jednego osobnika z grupy, która przebrnęła przez ten katastrofalny okres. Biblijna historia Adama uzyskała swoje niespodziewane potwierdzenie...

Tak więc, trochę paradoksalnie, ta katastrofa walnie przyczyniła się do powstania współczesnego Homo Sapiens. Typowy przykład efektu „jeśli cię to nie zabije, to cię wzmocni.” Bardzo korzystny efekt - pod warunkiem, że uda się nie zostać zabitym. Na co niestety nigdy nie ma gwarancji...
 


 Życie na megawulkanie: 
park Yellowstone.

Gdzie i kiedy można się spodziewać podobnej katastrofy? Uczeni niedawno odkryli: w dolinie Yellowstone w USA. Jak się okazuje, obszar ten, pełen bulgocących gorących źródeł i miniaturowych wulkanów błotnych, dymiących szczelin i gejzerów leży nad ogromną komorą magmy o rozmiarach 80 na 40 na 8 km, zawierającą ok. 25 tys. kilometrów sześciennych magmy (dla porównania, wulkan St. Helens w czasie swojego wielkiego wybuchu w 1980 r. wyrzucił zaledwie 1 [jeden] kilometr sześcienny popiołu i lawy). Badania geologiczne w okolicy i na całym obszarze północnych stanów Ameryki ujawniły pozostałości po dawniejszych wybuchach, rozmieszczone kolejno na trasie przesuwania się płyty amerykańskiej nad pióropuszem płaszczowym, wytapiającym kolejne komory magmowe po wybuchu i opróżnieniu poprzedniej. Wybuchy następują cyklicznie, a okres czasu między nimi wynosi średnio 700 tys. lat. Od ostatniego minęło ok. 650 tys. lat. Zatem kolejnego wybuchu, o globalnie katastrofalnych skutkach, możemy oczekiwać w każdej chwili. Zegary geologiczne nie tykają zbyt dokładne, 50 tys. lat w te czy we w te nie ma dla nich większego znaczenia...

Nie mamy czasu
To były tylko trzy przykłady spośród bardzo wielu niebezpieczeństw, jakie na nas czyhaja na tej Ziemi. My też możemy pewnego pięknego dnia podzielić los dinozaurów, jeśli odwrócimy się tyłem do Kosmosu i będziemy biernie czekać, aż coś do nas z niego przyleci. Bo to nie kwestia, czy przyleci - bo przyleci na pewno - tylko kiedy i skąd przyleci (i co to będzie). I nie można się niestety pocieszać, że prawdopodobieństwo takiego wydarzenia za naszego życia jest małe. No przecież, uspokajają niektórzy, takie katastrofalne zdarzenie zdarza się, powiedzmy, raz na milion lat, więc mamy jeszcze mnóstwo czasu... Otowóż, jak mówią górale, gówno prowda. To, że coś ma średnią częstość występowania raz na milion lat, nie oznacza wcale, że nie może wystąpić jutro. Może, i to z takim samym prawdopodobieństwem jutro, jak za sto tysiecy lat. Kto z tego nie zdaje sobie sprawy, nie ma pojęcia o podstawach teorii prawdopodobieństwa...
 
Nie mamy miliona lat czasu. Jedyne co mamy, to pewność, że możemy zginąć marnie w każdej chwili, jeśli nie weźmiemy się do roboty natychmiast.

 początek


Ruszmy dupy

Do jakiej roboty? Do najważniejszej, jaka jeszcze czeka ludzkość, jeśli chce w ogóle przetrwać: do przekształcenia cywilizacji ziemskiej w cywilizację kosmiczną. Modne ostatnio stało się tzw. SETI, czyli poszukiwanie obcych cywilizacji pozaziemskich. To szkodliwa strata czasu i środków. Po co mamy szukać obcych cywilizacji kosmicznych i może jeszcze się łudzić, jak to wielu robi, że ta obca cywilizacja rozwiąże za nas nasze problemy? Nie ma co na to liczyć. Nikt nie będzie się nami opiekował ani nas ratował. Jedynym rozsądnym działaniem jest czym prędzej zabrać się za budowę naszej własnej cywilizacji pozaziemskiej.

Jeśli chcemy uniknąć globalnej katastrofy, która zakończy definitywnie historię człowieka, a może i całego życia na Ziemi, i jeśli, jak głoszą bez przerwy  ekologiści, mamy obowiązek dołożyć wszelkich starań dla zachowania i uratowania ziemskiego naturalnego życia przed zagładą, to nic tu nie pomogą różne rozrywkowe zajęcia jako to zbieranie śmieci po lasach, przywiązywanie się do drzew i spacerowanie ze szmatami na kijach wokół dymiących fabryk. Potrzeba czegoś daleko poważniejszego - realnego wyjścia naszej cywilizacji w kosmos.

Mamy tutaj zasadniczo dwa kierunki działania - konstrukcję systemów ostrzegania i ochrony przed katastrofalnymi wydarzeniami oraz rozproszenie ludzi, i w ogóle ziemskiego życia do jak największej liczby miejsc w Kosmosie, poza Ziemią. Zasiedlenie jedynie Ziemi, choćby jak najdokładniej wysprzątanej i kryształowo ekologicznej, jest dalece niewystarczające by uratować nas i ziemskie życie w ogóle.

Kosmiczna tarcza
Pierwszy kierunek sam z siebie daje tylko niewielkie zwiększenie naszych szans na uniknięcie zagłady i w zasadzie i tak nie da się zrealizować bez realnego wyjścia w Kosmos, czyli bez równoległej realizacji drugiego kierunku działania. W przypadku globalnej katastrofy, ostrzeżenie niewiele może dać, gdy nie ma gdzie uciekać. Możemy z sensem rozważać budowę systemów zabezpieczeń tylko przed niektórymi zagrożeniami, np. rozważa się na serio sposoby zmiany trajektorii ciał grożących uderzeniem w Ziemię. Inne zagrożenia wymagałyby konstrukcji prawdziwie megainżynieryjnych, których realizacja wydaje się mocno wątpliwa w dającej się przewidzieć przyszłości, a co do niektórych zagrożeń w ogóle nia mamy jeszcze pojęcia, jak moglibyśmy się zabezpieczyć (np. przed megawulkanami). Poza tym, jakby nie kombinować, prędzej czy później przyjdzie tu jakiś kosmiczny walec i wyró... Na każdy system obronny można bowiem znaleźć taki walec, który go wyrówna. Ale nie wyrówna we wszystkich możliwych miejscach w Kosmosie na raz - jak wyrówna w jednym to z innego, akurat tym razem nietkniętego, można będzie sprowadzić i zainstalować to życie na powrót. Na Ziemi 65 mln lat temu solidna planetoida zrównała potężne dinozaury z glebą. Ale w głebi tej gleby przetrwało parę niepozornych gryzoni. Gdy kurz opadł, wyszły one na zewnatrz i wzieły sie ostro do roboty, dzięki czemu mamy teraz bawoły, wieloryby, słonie, tygrysy, małpy, pieski, kotki i wiele, wiele innych ciekawych stworzeń, że o homo (podobno) sapiens nie wspomnę (czyli wszystkie ssaki). Taka jest siła różnorodności życia i jego siedlisk na Ziemi. Ale to i tak dużo za mało, jak na kosmiczne zagrożenia, jakie na to życie czyhają. Gdyby 65 mln lat temu przyleciał trochę tylko większy kawał skały, mógłby dosiegnąć również naszych gryzoni, a wtedy cała Biblia na nic...

Hajda w przestrzeń
Pozostaje więc drugi kierunek - prawdziwe wyjście z sytuacji, a więc wyjście poza Ziemię, w Kosmos. Co to oznacza? Oznacza to budowę trwałych ludzkich osiedli poza Ziemią - osad na planetach, ich księżycach i planetoidach, czy też sztucznie zbudowanych osad w przestrzeni kosmicznej. W aktualnym stanie techniki najłatwiej zacząć taką budowę na Marsie, gdzie warunki są najbardziej podobne do ziemskich, a jednocześnie brak tam takich naturalnych katastrof, jak wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi (tzn. Marsa...), powodzie, huraganowe wiatry... Zwlekanie i odkładanie na święty nigdy rozpoczęcia tego przedsięwzięcia przez państwa kosmiczne, w szczególności najbardziej zaawansowane z nich - Stany Zjednoczone Ameryki - jest niezrozumiałym i karygodnym brakiem odpowiedzialności. Kosmicznym zagrożeniom może sprostać jedynie kosmiczna różnorodność życia i jego siedlisk. A te może w Kosmosie zbudować tylko człowiek, zasiedlając Kosmos i przenosząc ze sobą na inne miejsca ziemskie życie. Tylko, do cholery, ruszmy wreszcie te nasze leniwe dupy z tych miękkich, ekologicznych ziemskich siedzisk i wyjdźmy naprawde w Kosmos, póki nie jest za późno!

Trwałe zainstalowanie człowieka w kosmosie wymagać będzie także rozwinięcia przemysłu wydobywczego i przetwórczego w Kosmosie, najlepiej na planetoidach, gdzie można znależć całą tablicę Mendelejewa pierwiastków potrzebnych kosmicznej cywilizacji. Jednocześnie pozwoli to na przeniesienie większości uciążliwego przemysłu poza Ziemię - bardzo istotna korzyść z prawdziwej eksploracji Kosmosu, której  geocentryści zdają się zupełnie nie dostrzegać, w większości kontestując i starając się hamować eksplorację Kosmosu. Stawia to niestety pod znakiem zapytania szczerość ich intencji... Gdy osiedla pozaziemskie staną się względnie samowystarczalne, umożliwiając przeżycie mieszkańców w razie zatrzymania dostaw z Ziemi, będziemy mogli wreszcie troszkę odsapnąć. Globalna katastrofa na Ziemi nie będzie wtedy grozić zagładą całej ludzkości czy w ogóle ziemskiego życia.

A indyk? Indyk, jak zwykle, myśli o niedzieli. W sobotę może go jednak czekać ponura niespodzianka.

Dodatek, albo Apendyx
Jak Szanowni Czytelnicy zapewne zauważyli, do tych rozważań Strażak Moralny specjalnie się nie wtrącał. Trochę światła na ten fakt może rzucić poniższy fragment nagrania:
ABC i S-ka: Na Bo..., to jest, chciałem rzec, na Teutatesa!
Niech pan TEGO nie zakleja, bo cały dowcip diabli wezmą!!
Strażak Moralny: Pan wie, do czego mnie Pan namawia?
Do zaniedbania obowiązków! Za to można nieźle beknąć!
ABC: Zaraz beknąć... Zawsze przecież można się pomylić, źle się wyspać,
mieć gorszy dzień, coś przeoczyć...
SM: To Strażaka nie usprawiedliwia! Zawsze czujny i gotowy!
Taśma w dłoń i do boju o Moralność! A poza tym, ni ma nic za darmo...
ABC: Dobra, dobra. {nieokreślone szelesty i stuki}
SM: No niech będzie. To na razie.
ABC: Dziękuję, do zobaczenia.
SM: A w razie czego, mnie tu nie było!”

(Archiwum nagrań Biura Ochrony ABC i S-ka, Syg. ABC/SM/2007/S25/N13/xyx)

Jak by wynikało z powyższego, to, mówiąc bez owijania w bawełnę, korupcja czasem może wspomagać wspólne dobro. Tylko nie powtarzajcie tego w szkole!

Copyright © 2007 by Adamas B. Chiroński

 początek

Ziemia jest zbyt małym
i kruchym koszykiem na to,
by ludzkość trzymała w nim
wszystkie swoje jaja.
(Robert A. Heinlein)
  Wstępniak

  Tablica ogłoszeń

  Słownik chirońszczyzny

  Pełny spis artykułów


  Lasy kontra ceodwa

  Zalesić Polskę

  Po co nam Kosmos

  Feminizm zwycięski

  Wodorowy zawrót głowy

  Ostatni pierwszy krok I

  Podatek liniowy

  Monsieur Guillotin


 Najnowsze artykuły:

  Dwie potwory

  Schowaj babci dowód


Obelgi, inwektywy i wyzwiska, a także pochwały przysyłajcie na adres:

Ostatnie uaktualnienie  06.VIII.2008